fbpx

Dla rodziców i nierodziców!

W filmach zawsze pamiętamy znakomitych Stephena Fry’a i Ruperta Everetta w roli Oscara.„Królem życia” nazwał Oscara Jan Parandowski. Ekscentryzm lat oxfordzkich i londyńskich, proces, skazanie na dwa lata ciężkich robót za homoseksualność, wreszcie wygnanie we Francji, gdzie w nadmorskim Dieppe – za piórem Parandowskiego – „nieoczekiwane, radosne zjawisko. Flaubert, Stevenson, Baudelaire, Maeterlinck, Dumas, Keats, Marlowe, Chatterton, Coleridge, Anatole France, Gautier, Dante, Goethe. [Oscar] grał oczyma na tych imionach jak na strunach. Szedł z nich głos ulubionych rytmów, wysnuwała się treść twórczych snów, którym wystarczy szelest odwracanych kartek, aby się poruszyły życiem niepokalanej trwałości”. Oto mozaika cytatów), intertekstualność. Taka gra fragmentami dzieje się także w lubelskim przedstawieniu, gdzie reżyser Daniel Adamczyk skompilował opowieści we własnym przekładzie. Na uwagę zasługuje również grafika Kamila Filipowskiego, eksplozyjna gra Kingi Matusiak jako dadaistyczno-futurystycznej rakiety, tudzież – negatywnie – posąg Szczęśliwego Księcia (nieudany pomnik).  

Lubelski spektakl to opowieści o miłości i śmierci; dlatego lubelska ekspertka od naszego pisarza prof. Aleksandra Kędzierska napisała tekst „Motywy piękna i cierpienia w opowiadaniach Oscara Wilde’a”.

W życiu każdego młodego rodzica są pewne szczególne momenty. Jest jeden bardzo charakterystyczny, kiedy decydujesz się zabrać swoją pociechę „na kulturę”. Kończy się różnie. Jeśli uda Ci się tracić na coś wyjątkowego –  uśmiechasz się dwakroć. Raz, bo wiesz, że dostarczasz jej coś wartościowego. Dwa – zwyczajnie sam się nieźle bawisz. W bajkach Oscara Wilde’a ten moment wydłuża się do pełnych 120 minut spektaklu.

A właściwie, to nie są bajki. Raczej baśnie czy opowieści w oryginale The Happy Prince and Other Tales. Nie urąga to treści samego przedstawienia. Wręcz przeciwnie – aktorzy twierdzą, że to świadomy zabieg. Ma zinfantylizować przedstawienie i tym samym przyciągnąć młodego odbiorcę.

Traci na tym nonszalanckie, dowcipne, dorodne w gotycyzmie oblicze Wilda. Warto przypomnieć chociażby jego esej The Critic as Artist, w którym zrównuje recenzje ze sztuką, czy to, że był ekstatykiem stylu camp, owego śmiechu przez łzy, wypracowanego zdaniem Susan Sontag przez gejów.

Jak czytamy w ulotce z przedstawienia Osią spajającą baśnie będzie grupa przyjaciół, narratorów, przybyłych do nas z tajemniczego miejsca, o którym wiemy jedno – jest ono dzikie. W biografii Wilde’a obserwujemy Życie Seksualne Dzikich Dekadentów, rodem z Bronisława Malinowskiego, który z kolei miał kontakty bliskiego stopnia z Witkacym. Przedstawienie kipi napastliwością, bukoliczną (sielanka) i gotycystyczną (groza) zarazem.

Na wstępie – jeszcze chwilę przed rozpoczęciem właściwego przedstawienia – a zresztą kto wie, może nawet jest jego integralną częścią – wita nas nagranie proszące o wyłączenie telefonów. Mówi dziewczynka. Na ucho około 5 lat. Pieszcząc uszy rodziców – gubi z gracją głoski – łechcząc pióro krytyki – udziecinnia przedstawienie do stopnia, w którym dorośli widzowie czekając na wejście pierwszych aktorów, smakują się słodyczą jarmarcznego lizaka. Groin attack w niewilde’owskim stylu.

Ale do rzeczy. Teatr Andersena przygotował inscenizację czterech opowieści wybitnego irlandzo-brytyjsko-kosmopolitycznego pisarza Oscara Wilde’a.

Po niesmacznym wstępie, słodycz rozlewa się po całej widowni. Lizaki zniknęły. Podano la crème brulée. Z całkiem niezłej restauracji. Pod warstwą skarmelizowanego cukru przeznaczonej dla dzieci, znajduje się niespodzianka przez, którą przebiją się wyłącznie opiekunowie.

Delikatność waniliowego kremu przekłuwa nuta intensywnej pomarańczy. Wśród wymowności morału bajek przebijają się – na szczęście – wildowskie motywy czystej, hedonistycznej, ogamicznej, czyli lacanowska i kristewovska rozkosz la jouissance, która weszła już z psychoanalizy do historii literatury, teatru i, generalnie, kultury. Słychać ją w skrzeku miłości między jaskółką-pałką wodną-szczęśliwym księciem.

Jeśli będziemy mili dla obsługi, dostaniemy coś gratis. Tuż przed uregulowaniem rachunku z uśmiechem podchodzi długowłosy kelner. Stawia na blacie wysokie szkło. Irish coffee. Prezent od szefa kuchni – informuje. Przyjmujemy. To rzecz koneserów.

Spektakl w stoim menu oferuje również nieco bardziej gorzki odcień przestrzeni dojrzałej. Prosto z ojczyzny-matczyzny kelnera. Znajdziemy tam odniesienia do Wojen Dwóch Róż albo zaadaptowane i transparentne zdanie wyłowione spośród łyków: Kilmat Europy środkowej naprawdę się zmienia.

Koniec końców, wychodzisz ze spektaklu w dobrym nastroju.  Przedstawienie kończy się oniryczną aurą minionych opowieści. To smagnięcie inkaustem Oscara Wilde’a z XXI-wiecznego pióra do nauki pisania. Atrament stracił nieco na intensywności, choć nadal czuć jego niezwykłość. Albowiem Wilde ustawiany jest przez amerykańską badaczkę Camille Paglię na naczelnym miejscu wśród Sexual Personae (Seksualne persony), wśród dekadencji od Nefretete do Emily Dickinson.

 

Dr hab. Tomasz Kitliński brał udział w seminariach teatrologicznych Ireny Sławińskiej w Lublinie i Eriki Fischer-Lichte w Moguncji. Działał w opozycyjnym teatrze Grupa Chwilowa. Na Uniwersytecie Paryskim 7 uzyskał Dyplom Studiów nad Tekstem i Obrazem na podstawie pracy napisanej pod kierunkiem  psychoanalityczki Julii Kristevej. Stypendysta Fulbrighta, drukowany przez „Die Tageszeitung”, „Art in America”, Palgrave Macmillan, Routledge, Université Paris VIII, Wydawnictwo Instytutu Badań Literackich PAN. Wykłada na Wydziale Filozofii i Socjologii UMCS.

 

Adrian Korniluk to poeta. Autor dwóch tomików poezji: „Prozak” (2017) i „Piołun” (2018). Związany w latach 2016-2017 z grupą Polska Press. Obecnie pretendent do tytułu zawodowego psychologa. Zapalony miłośnik motocykli i makaronizmów.